Kraina latających noży i karaibski kurczak jerk

jerk_chicken_2_320
Print Friendly

Zaczęło się od gulaszu z krowiego ogona, który podarowała mi Natalie na wieść o tym, że prowadzę blog kulinarny i interesuję się kuchnią etniczną. Kilka tygodni później inna mama ze szkoły Młodego, Diane, przyniosła mi curry z kozy, jerk chicken i rice and peas, resztki po stypie urządzonej po śmierci mamy. Pikantne i mocno doprawione korzennymi przyprawami dania smakowały egzotycznie i niepodobne były do niczego, co jadłam do tej pory. Nie miałam wyjścia. Kupiłam kolejną książkę kucharską i zaczęłam zgłębiać tajniki kuchni karaibskiej, nieprawdopodobnej mieszanki kuchni afrykańskiej, arawackiej (Indian Ameryki Południowej), indyjskiej i chińskiej.

Nie jest to kuchnia łatwa do odtworzenia w warunkach europejskich. Taro, plantany czy kasawa – warzywa o dużej zawartości skrobii, które stanowią podstawę wyżywienia mieszkańców Wysp Karaibskich – nie występują nawet w moim wypasionym zieleniaku. Po zakupy pojechałam więc do Brixton, największego skupiska społeczności karaibskiej w Londynie. Dzielnica, która nocą zamienia się w krainę latających noży (przy niej warszawska Praga to plac zabaw dla dzieci z zamkniętego osiedla na Wilanowie), za dnia gości tętniący życiem targ spożywczy. Można tu kupić owoce chlebowca, plantany, olbrzymie awokado prosto z Barbados i kokosy jeszcze w zielonej skórce. Stoiska rybne kuszą solonym dorszem, świeżymi owocami morza i egzotycznymi rybami. Rzeźnicy głośno zachwalają koźlinę, baranie łby i krowie racice na zupę, a właściciele sklepów spożywczych obiecują duży wybór i niskie ceny. Cieszyłam się, że miałam przy sobie eksperta w postaci mojej karaibskiej koleżanki Diane, inaczej zgubiłabym się w tym gąszczu tajemniczych bulw, suszonego nie-wiadomo-czego i nie znanych mi przypraw.

Po zakupach, obładowane siatami z mango, plantanami, papryczkami chilli i przyprawami, postanowiłyśmy coś zjeść. O pomoc w wyborze knajpy poprosiłyśmy właściciela stoiska z ciastami (kokosowe z limonką mmmm), który bez wahania wskazał nam drogę do Bambouli, jamajskiej restauracji słynącej z prostego domowego jedzenia i olbrzymich porcji. Na miejscu Diane zamówiła curry z kozy zawinięte w placek roti, a ja postanowiłam spróbować narodowego dania Jamajki, czyli jerk chicken. Jerk to zarówno nazwa mieszanki przyprawowej jak również sposobu przyrządzania – a właściwie konserwacji – mięsa (ostatnio także ryb i owoców morza). Polega on na natarciu mięsa przyprawami: zielem angielskim, piekielnie ostrą papryczką scotch bonnet, tymiankiem, cynamonem, cukrem i solą z dodatkiem octu i oleju, a następnie uwędzeniu nad otwartym ogniem.

Współcześnie mięso natarte jerk seasoning raczej grilluje się lub – jak w moim przepisie – piecze w piekarniku. Wiem, że przepis na mieszankę przyprawową wygląda tak jakby ktoś na chybił trafił powyciągał przyprawy z kredensu, ale wierzcie mi, razem tworzą fantastyczną korzenno-pikantną całość. Kurczak marynowany wcześniej przez kilka godzin jest miękki w środku, a chrupiący i lekko przypieczony na zewnątrz. Autor przepisu, Levi Roots, podobno inspirował się marynatą kucharza samego Boba Marleya. Tradycyjnie jerk chicken podaje się go z rice and peas, czyli ryżem z czerwoną fasolą i mlekiem kokosowym i smażonymi plantanami. Ale nie popełnicie świętokradztwa jak podacie go ze zwykłym ryżem i grillowaną lub gotowaną kukurydzą. Świetnym dodatkiem będzie też widoczna na zdjęciu sałatka ze świeżego ananasa, chilli i mięty (przepis poniżej).

Jeszcze tylko uwaga o papryczce chilli. Tradycyjnie do dania tego wykorzystuje się scotch bonnet, która pod względem ostrości dorównuje habanero, najbardziej pikantnej w smaku papryczce chilli. Warto o tym pamiętać zastępując ją chilli innego gatunku i dodać jej nieco więcej.

Przepis pochodzi z książki Leviego Rootsa “Caribbean Food Made Easy”.

Kurczak jerk

Na 4 osoby:

16 skrzydełek kurczaka

Na marynatę:

  • 4 cebule dymki, sam szczypior, posiekany
  • 1 papryczka chilli, posiekana (jak lubicie ostro, zostawcie pestki)
  • 3-centymetrowy kawałek imbiru, posiekany
  • 2 łyżki świeżego tymianku
  • 100 ml octu jabłkowego
  • 3 łyżki jasnego miodu
  • 2 łyżeczki ziela angielskiego
  • 1 łyżeczka cynamonu
  • 2 łyżki neutralnego w smaku oleju
  • sól i świeżo zmielony pieprz

Składniki marynaty włóż do blendera lub malaksera i zmiksuj na gładką masę. Włóż do niej skrzydełka i zostaw na co najmniej 4 godziny lub na noc. Od czasu do czasu zamieszaj, żeby marynata dokładnie oblepiła skrzydełka.

Rozgrzej piekarnik do 190 stopni i piecz skrzydełka około 45 minut aż ładnie się przypieką. Skrzydełka najlepiej położyć na kratce do pieczenia, żeby przypiekły się ze wszystkich stron.

Sałatka z ananasa

  • 1 mały dojrzały ananas, obrany, pozbawiony “głąba” i pokrojony na małe kawałki
  • 1 czerwona papryczka chilli pokrojona w cienkie paski
  • 2 cebule dymki, tylko szczypior, posiekany na wąskie plasterki
  • 1 łyżki posiekanej świeżej mięty
  • sok z 1 limonki
  • 2 łyżki oliwy
  • 1 łyżeczka cukru

Wymieszaj ananasa z pozostałymi składnikami i wstaw do lodówki na godzinę, żeby smaki mogły się połączyć.

5 Komentarze


  • piękne zdjęcia, Małgosiu!
    a jedzenie? ach, nie można się oprzeć!

    11/07/2012
  • Zazdroszczę takich egzotycznych zakupów – imponująco to wszystko wygląda.

    Jadłam kiedyś kurczaka jerk, ale przyrządzonego z gotową mieszanką przyprawową. Z samodzielnie przyrządzoną marynatą na pewno smakuje lepiej.

    11/07/2012
    • Karmelitka, dzieki za mile slowa, zwlaszcza, ze tym razem zdjecia byly a nie niemezowskiego, a mojego autorstwa.

      Hania-kasia, Londyn to raj dla kucharzy amatorow, mozna tu znalezc wszystko, bez wzgledu na to czy interesujesz sie kuchnia Etiopii czy Kazahstanu. Duzo jedzenia etnicznego mozna kupic nawet w Tesco. Jak poszlam pierwszy raz to zamarlam ze zdziwienia przed regalem z polskim jedzeniem. :)

      A marynata do tego jerka naprawde dobra, lepsza niz ta, ktora jadlam w knajpie. :)

      11/07/2012
  • Fantastyczny ten kurczak. Juz wiele razy Ci pisalam, ze zazdroszcze Ci tego, ze mozesz sie udac do odpowiedniej dzielnicy Londynu i kupic czego tylko dusza zapragnie. Kozlina, platany, rozne rodzaje chilli o rany, az mnie skreca.
    Ale ja sie zemszcze, moze juz niedlugo. Ciekawa jestem, czy to co pokaze mozna tez kupic w Londynie:-)

    29/07/2012
    • A tak, Londyn to raj dla kulinarnych maniaków. W Polsce też da się dużo kupić, tylko co się człowiek przy tym najeździ! Zaraz idę do Ciebie popatrzeć, co też knujesz. :)

      06/09/2012

Skomentuj


Nazwa*

Email (p)*

Website

Twój komentarz*

Skomentuj

© Copyright Pobitegary - Designed by Pexeto